VideoBar

Ta treść nie jest jeszcze dostępna przez szyfrowane połączenia.

piątek, 13 maja 2011

ROZMOWY O ZMIERZCHU 6

PRZYWIĄZANIE vs MIŁOŚĆ

Pisząc te słowa zdaję sobie sprawę, że z punktu zostanę oskarżony o herezję, ale w naszym cyklu „rozmów o zmierzchu”, który ma na celu przestawianie zwrotnicy niektórych z naszych mocno zakorzenionych pojęć, mówimy i będziemy mówić o sprawach kontrowersyjnych i pozornie nie do przyjęcia. Jednym z takich zakorzenionych pojęć jest przekonanie, że pomiędzy miłością a przywiązaniem jest znak równości, a nawet, że – podobnie jak głosi drugi przysłowiowy dogmat, że „nie ma miłości bez zazdrości” – jedno bez drugiego nie może istnieć. Choć przekonanie to jest powszechnie uznane zarówno tradycjonalnie, jak i naukowo, to jednak nie jest ono prawdziwe. Spróbujmy dokonać krótkiej analizy, aby się przekonać dlaczego.


Przede wszystkim miłość jest związkiem dusz. Wprawdzie nie jest to takie oczywiste dla tych, którzy nie wierzą w istnienie duszy, zaś miłość wiążą raczej z ciałem, ale i oni po krótkim zastanowieniu przyznają, że miłość jako uczucie jest czymś nieuchwytnym, niematerialnym i w związku z tym, jeżeli do niej w ogóle dochodzi, ten związek musi istnieć gdzieś w sferach ponadzmysłowej abstrakcji.

Natomiast przywiązanie odnosi się tylko do ciała. Czy można się bowiem przywiązać do bezcielesnego ducha? Do abstraktu, w którego istnienie wielu ludzi wątpi? W przypadku przywiązania mamy konkretny, namacalny obiekt: ciało drugiego człowieka, psa, kota, dom, samochód, konto bankowe, miasto, kraj, ten cały świat, a głównie swoje własne ciało, które generalnie uważamy za „siebie”, za „ja”.

Miłość i przywiązanie stoją na dwóch przeciwnych biegunach i zaprzeczają sobie wzajemnie począwszy już od podstawowych założeń. Miłość polega na dawaniu – dawaniu przede wszystkim siebie osobie kochanej, natomiast przywiązanie jest zaborczym dążeniem do posiadania osoby, którą się rzekomo kocha, czyli braniu. W pierwszym przypadku dążymy do poddania się drugiemu człowiekowi poprzez utratę swojej tożsamości i woli na jego/jej rzecz, w drugim natomiast dążymy do pokazania i przepchnięcia swojej woli, wywarcia wpływu, podporządkowania i zniewolenia, aby na koniec zawładnąć i posiąść na własność osobę „kochaną”. Jasne więc, że zazdrość nie będzie występować w przypadku miłości, lecz w przywiązaniu, ponieważ zazdrość to nic innego, jak obawa przed utratą posiadanego obiektu, która jest zjawiskiem nieznanym w prawdziwej miłości.

Problemy związane z przywiązaniem polegają na tym, że o ile miłość jest prawdziwa – jest czymś jak najbardziej konkretnym, choć nieuchwytnym przy pomocy zmysłów – o tyle przywiązanie jest od początku do końca iluzją. Całe nasze posiadanie czegokolwiek jest sprawą dyskusyjną, jeżeli spojrzymy na to zagadnienie z pułapu wyższej świadomości, zaś posiadanie drugiej indywidualnej jednostki jest po prostu z gruntu nierealne, żałosne i śmieszne. Nam się jedynie wydaje, że posiadamy drugiego człowieka – w rzeczywistości jest to bowiem niemożliwe. Równie dobrze możemy sobie wyobrażać posiadanie gwiazdki z nieba.

Tam, gdzie jest przywiązanie nie może być miłości, bo gdy tylko zaczyna występować zaborczość, miłość – o ile w ogóle wcześniej była – pryska jak bańka mydlana. Dzieje się tak dlatego, że dla każdego człowieka największą wartością w życiu jest wolność, możliwość samostanowienia. Dlatego już pierwsza próba ograniczenia lub całkowitego zabrania tej wolności spotyka się natychmiast z instynktownym, podświadomym i świadomym oporem oraz chęcią wyzwolenia. Co innego, gdy kochamy i sami, bez żadnego przymusu, dobrowolnie oddajemy się obiektowi naszej miłości, a co innego, gdy wymusza się na nas posłuszeństwo, poddanie i podległość, ograniczając naszą wolność.

Podczas kiedy miłość ma właściwości budujące i uzdrawiające na wszystkich poziomach naszej egzystencji, przywiązanie jest zawsze niezdrowe, nieszczere, nieczyste, chorobliwe i niszczące. W zasadzie można śmiało powiedzieć, że osoba przywiązana ciężko choruje na obsesję posiadania i przywiązania do obiektu, który w swojej wyobraźni posiada. Miłość jest otwarta, bez niedomówień i podtekstów, szczera i jasna, bo opierająca się na prawdzie i zaufaniu. Kochający się ludzie nie mają niczego do ukrycia przed sobą nawzajem, zaś w przywiązaniu nieustannie panuje atmosfera podejrzeń, kombinacji, krętactw, nieszczerości, hipokryzji, niedomówień i kłamstw. Przywiązanie zabija przede wszystkim osobę przywiązaną, która ciągle się martwi i boi o obiekt przywiązania, o utratę swojej wyłącznej własności. Ponieważ ten obiekt cały czas próbuje się wydostać z oplątującej go, rozciągniętej we wszystkich kierunkach sieci, stara się wyzwolić z „kochających objęć” osoby przywiązanej, zaś ta osoba walczy o utrzymanie swojej hegemonii, swojego stanu posiadania – taka sytuacja absolutnie nie sprzyja rodzeniu się i umacnianiu pozytywnych uczuć sympatii i miłości, lecz wprost przeciwnie, rodzi niechęć i nienawiść.

Stąd odwieczny konflikt teściowa-zięć i teściowa-synowa. „Zła teściowa bardziej dokuczy niż bolący ząb” – jak mówi przysłowie. Dlaczego? Matka nie chce puścić córki/syna z domu, bo w jej mniemaniu nikt nie jest wystarczająco godzien, aby „ją” zastąpić w życiu syna lub córki, dlatego każda „zwykła” dziewczyna lub „przeciętny” chłopak pojawiający się nagle w domu i próbujący egzekwować swoje prawa jako nowozaślubiona żona lub mąż „jej dziecka” – ba, o zgrozo (!) próbujący zabrać to „jej” dziecko, tę jej własność – staje się od razu wrogiem numer jeden, zaś każde potknięcie nowopowstałego związku jest naturalnie tego namacalnym potwierdzeniem. Oczywiście prawdziwą przyczyną jest nic innego, jak tylko zaborczość i chorobliwe przywiązanie – iluzoryczne, nieprawdziwe posiadanie na własność.

Choć każdemu wiadomo, że w historii człowieczeństwa nikt jeszcze za nikogo nie przeżył życia, to jednak osoba przywiązana uważa przynajmniej, że obiekt przywiązania powinien, a nawet musi, żyć dokładnie według modelu jaki ona narzuca. Obiekt ma upodobnić się do osoby przywiązanej, ma on być idealnym odzwierciedleniem ideału, za który naturalnie uważa się osoba przywiązana. Obie rzeczy nie są możliwe, bo nie są prawdziwe. Ani bowiem obiekt nie upodobni się całkowicie, bo jest zupełnie odmienną indywidualnością i posiada swoją wolę, swoje prawa, swoje plany i zainteresowania, ani osoba przywiązana nie jest ideałem z powodów podanych powyżej. Mogłaby pretendować do takiego miana, gdyby dała obiektowi to, co jest niewątpliwie dla niego najcenniejsze – wolność, innymi słowy, gdyby dała mu wolną rękę, dała mu siebie i swoją miłość. Pocieszającym jest to, że naturalnie są tacy rodzice, współmałżonkowie i krewni, którzy są prawdziwymi przyjaciółmi i wprowadzają do rodziny miłość, a nie przywiązanie. Lecz niestety, nie jest to zjawisko powszechne.

Miłość do dziecka polega na tym, żeby cały czas dbać o jego dobro, a nie o niego jako swoją własność. Nie chodzi tu o naszą własną koncepcję dobra, wystarczająco mocno zabarwioną obsesją przywiązania, lecz o koncepcję dawno uznaną, opierającą się na odwiecznych wzorcach. Dziecko nie potrzebuje wiele. Potrzebuje dachu nad głową, pożywienia, edukacji, wychowania i opieki. Normalnych, bez przesady, w normalnych granicach! A nade wszystko potrzebuje ojca i matki, ich miłości i oddania, o czym jakże często zapominamy. W ten sposób otrzymuje dobry przykład i zostaje przygotowane do „pójścia na swoje” w celu rozpoczęcia swojej własnej, osobnej egzystencji. Przychodzi w jego życiu dzień – i przyjść musi – że jak ptak, który wyfruwa z gniazda, aby już do niego nie wrócić, opuszcza dom rodzinny, żeby założyć swoje stadło i zbudować swoje gniazdo. Zaczyna pracować i żyć na własny rachunek. Będzie musiało nie raz się potknąć, popełnić niejeden błąd i czasami pocierpieć, ale to wszystko jest dla jego dobra i doświadczając tego same, nie stanie się życiowym kaleką. Jeśli stać nas na to, żeby mu dać coś materialnego na start, to dobrze, ale najważniejszym wianem jest rodzicielska miłość, której nic nie jest w stanie zastąpić.

Miłość pozwala mu swobodnie odejść, atmosfera rozstania jest sympatyczna i przyjemna, a wszyscy obecni są szczęśliwi. Dzieci są szczęśliwe, bo kochają się i będą wreszcie ze sobą, zaś rodzice cieszą się ich szczęściem. Rozstanie w przypadku istnienia przywiązania jest bolesne, bo rozerwaniu ulega potężny łańcuch i wali się w gruzy potężny gmach budowany z takim trudem i pieczołowitością. I chociaż ten gmach nie ma w sobie ani jednej cegły prawdziwej, to jednak jego zburzenie boli, bo pryskają wszystkie złudzenia i prawda ukazuje się w całej swej nagości. Dochodzi wtedy do sytuacji, kiedy po obu stronach wszelkie dobre uczucia gasną i giną, a rodzą się same negatywne i złe. Kończy się trzaśnięciem drzwiami, wzajemną niechęcią i nienawiścią.

Oczywiście dopóki jesteśmy na tym poziomie każdy związek międzyludzki łączy się w mniejszym lub większym stopniu z przywiązaniem. Trudno nie przywiązać się do dziecka przez kilkanaście lat lub do współmałżonka przez długie wspólne życie. Lecz więź miłości składa się z subtelnych, nieuchwytnych, duchowych nitek, które nie zniewalają, a za to są wystarczająco mocne, żeby ciągnąć nas w górę. Przywiązanie wiąże grubymi linami i łańcuchami materii, które nieodmiennie spychają w dół nas i obiekty naszego przywiązania. Nie ma niczego niewłaściwego w przywiązaniu, jeżeli mieści się ono w przyzwoitych, rozsądnych granicach, lecz kiedy zaczyna przybierać chorobliwe, obsesyjne rozmiary, wówczas potrafi zniewalać i niszczyć. Jego pierwszymi ofiarami są zawsze szczęście i miłość.

Wszyscy wielcy mędrcy głosili przez epoki: POZWOLIĆ PRZYWIĄZANIOM ODEJŚĆ. Pozwolić odejść obiektowi przywiązania, pozbyć się tej iluzorycznej własności, jeśli przyszedł czas i uważa on, że powinien odejść. Dać mu wolną rękę – zaufać, że nie tylko sobie poradzi bez nas w samodzielnym życiu, ale że będzie naprawdę szczęśliwy, gdy będzie mógł decydować o sobie, robić co mu się podoba i kochać tego kogoś, kto mu został dany. Gdy będzie wolny, bo wolność jest naszym największym skarbem.

A wtedy powstaną warunki do zrodzenia się i kultywowania prawdziwej miłości, „albowiem gdzie jest skarb wasz, tam jest i serce wasze” – powiedział dawno temu wielki Nauczyciel. Jakże to powiedzenie jest nadal aktualne!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz